Pamiętacie mój zachwyt nad „Wiecznie żywym”? No, to już mi
przeszedł. A dokładnie doprowadził do tego drugi tom serii tego
autora, mianowicie „Płonący świat”.
Seria „Ciepłych ciał” Isaaca Mariona składa się z 4 części.
A tak dokładniej to z 3,5, bo przed I tomem mamy tom 0,5, czyli taki
wprowadzający. Nigdy nie ogarniam tych połowicznych tomów i
zakrawa mi tu o S.J.Maas i pierdyliard części „Szklanego tronu”.
Niestety, drugi tom „Ciepłych ciał” zmiótł mnie z krzesła,
ale w negatywnym sensie. Moją opinię potwierdza kilku znajomych,
którzy także nie przebrnęli przez tę książkę. Aha, uwaga. Nie
doczytałam jej do końca, bo po prostu nie podołałam i było to
dla mnie męczarnią – pragnę zaznaczyć ten mały fakt. Więc
traktujcie ten wpis trochę z przymrużeniem oka, bo może końcówka
zrzucała papcie z nóg, a ja po prostu do niej nie dotarłam. BO
UMARŁAM WCZEŚNIEJ Z 7 RAZY (z nudów).
Akcja? Jakaś tam jest. Spoko, w końcu czego można się spodziewać
w książce o zombie. Zombie? Były, więc tematyka utrzymana,
natomiast główny bohater (uwaga: zombie) za bardzo wyewoluował w
swoim zombie-filozoficznym rozumie tworząc tomy westchnień pełnych
żalu, smutku i wspomnień minionego lata. Gdyby chociaż można to
było porównać do „Rozmyślań” Marka Aureliusza... gdyby to
chociaż miało sens... Ale nie ma. Uprzedzam – starałam się i
czytałam te jego zombie-rozkminy. Zajęło mi to kilka wykładów na
uczelni. Ale nie udało się; po jakimś czasie przerzucałam kartki
z jego wewnętrznymi monologami szukając akcji. Pojawiła się w
końcu, bo zaczęto odcinać palce itd. Niestety, nawet to nie
uratowało wartkości akcji w tej książce – rozmyślania R
przemieniały się w dialogi z Julią i – o ironio – były
powtórką jego dotychczasowych rozkmin w samotności.
(hatfu)
Chętnie dowiedziałabym się, jako potoczyły się ich dalsze losy i
co stało się z dozgonnym przyjacielem R (silnie staram się nie
spojlerować). Jak dalej potoczą się losy ich bazy? Kim są nowe
postacie?
Odłożyłam książkę w okolicy 120 strony. A tak właściwie, to
po prostu oddałam ją do biblioteki. Smutno mi, bo I tom był bardzo
fajny i obiecujący świetlaną przyszłość dla bohaterów i
historii, niestety plan spalił na panewce i skierował się w złą
stronę – no, może nie do końca złą. Złą z mojego punktu
widzenia, nie lubię czytać wielostronicowych rozmyślań o miłości
i niedoli głównego bohatera, interesujących niczym opisy przyrody
w „Nad Niemnem”.
Z tego co kojarzę, to jest to mój pierwszy książkowy ZombieFail.
Mimo wszystko I tom czyli „Wieczni żywy” wspominam bardzo dobrze
i dalej go polecam z głębi serduszka. Utrzymuje dobre noty na
lubimy czytać, bo 8/10, natomiast tak hejtowany przeze mnie w tym
poście tom ma już tylko 6,5/10.
Halo,
o czymś to chyba świadczy? Nie zamierzam dalej zagłębiać się w tę serię.
ulkens
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz