niedziela, 27 stycznia 2019

"Wiecznie żywy" I.Marion - trochę zgniły, ale daje radę!

      „Zgnił i odgnił” - tak można podsumować tę książkę.
     Na początku poznajemy R. i M. Obydwoje są w niewielkim stanie rozkładu, ale jako zombie trzymają się naprawdę dobrze! Czasem sobie „pogadają” (potrafią wypowiedzieć parę słów, coś na styl Szeptaczy z TWD – z czasem ich umiejętność mowy rozwija się), pooglądają telewizję, porobią zdjęcia polaroidem, posłuchają muzyki. Posiadają zachowania społeczne – myślą o bardziej leniwych elementach stada, przynoszą im jedzenie (np. rękę Żywego). R. bierze ślub i wychowuje dzieci (nie swoje). Mieszka w Boeingu i uczy się jeździć Mercedesem.
    Podczas jednego z polowań R napada wraz z M i kilkoma innymi zombie na stado Żywych dzieciaków. R zjada mózg pewnemu chłopakowi, który potem niczym tasiemiec zagnieżdża się w jego mózgu i dokonuje retrospekcji do snów, wspomnień i przeżyć. Jest upierdliwym wrzodem, ale dzięki temu R nabiera ludzkich cech i ocala pewne istnienie – dziewczynę zjedzonego chłopaka, Julię. R odczuwa wewnętrzną potrzebę chronienia Julii. 


    I od tego wszystko się zaczyna. Ich „miłość” - Żywej do Martwego – powoduje przemianę wirusa/epidemii/kary boskiej. Jak? Co się dzieje? No nie zdradzę, bo zaspoileruję całą historię.
„Wiecznie żywy” odchodzi od kanonu typowych zombie. Owszem, zombiaki są bardzo podobne swoją „aparycją” (jeśli można to tak nazwać) do Szwędaczy z TWD. Jedzą ludzi, by przetrwać. Jęczą. Chodzą stadami. Niewiele myślą. Natomiast R rozpoczyna nową generację zombie. Zombie, które mają szansę ponownie stać się ludźmi, a pomaga mu w tym Julia i ich burzliwa historia z Pad Thaiem i Sinatrą w tle.
    Trochę tu filozofii, trochę młodzieńczego buntu, zgnilizny, kościotrupów, krwi, braku realizmu, walki o przetrwanie, samolotów i niedopowiedzianych zdań. W tej książce (ekranizacji nie widziałam) można dopatrzyć się drugiego dna; dużo jest tu naprawdę dających do myślenia wypowiedzi o wartości życia, cieszeniu się chwilą, pogodzeniu się z przeszłością. „Wiecznie żywy” może być pocieszeniem i zdaniem sobie sprawy, że mogliśmy wdepnąć w większe gówno niż w to, w którym aktualnie jesteśmy.
    Serdecznie polecam do przeczytania. Książka jest krótka (308 str.), ma trochę ilustracji, a język jest przyjemny. Niedługo zabiorę się do czytania II tomu - „Płonącego Świata”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 Przeniosłam się na   instagram ----> https://www.instagram.com/polzywe_recenzje/