„Zgnił i odgnił” -
tak można podsumować tę książkę.
Na początku poznajemy R.
i M. Obydwoje są w niewielkim stanie rozkładu, ale jako zombie
trzymają się naprawdę dobrze! Czasem sobie „pogadają”
(potrafią wypowiedzieć parę słów, coś na styl Szeptaczy z TWD –
z czasem ich umiejętność mowy rozwija się), pooglądają
telewizję, porobią zdjęcia polaroidem, posłuchają muzyki.
Posiadają zachowania społeczne – myślą o bardziej leniwych
elementach stada, przynoszą im jedzenie (np. rękę Żywego). R.
bierze ślub i wychowuje dzieci (nie swoje). Mieszka w Boeingu i uczy
się jeździć Mercedesem.
Podczas jednego z polowań
R napada wraz z M i kilkoma innymi zombie na stado Żywych
dzieciaków. R zjada mózg pewnemu chłopakowi, który potem niczym
tasiemiec zagnieżdża się w jego mózgu i dokonuje retrospekcji do
snów, wspomnień i przeżyć. Jest upierdliwym wrzodem, ale dzięki
temu R nabiera ludzkich cech i ocala pewne istnienie – dziewczynę
zjedzonego chłopaka, Julię. R odczuwa wewnętrzną potrzebę
chronienia Julii.
I od tego wszystko się
zaczyna. Ich „miłość” - Żywej do Martwego – powoduje
przemianę wirusa/epidemii/kary boskiej. Jak? Co się dzieje? No nie
zdradzę, bo zaspoileruję całą historię.
„Wiecznie żywy”
odchodzi od kanonu typowych zombie. Owszem, zombiaki są bardzo
podobne swoją „aparycją” (jeśli można to tak nazwać) do
Szwędaczy z TWD. Jedzą ludzi, by przetrwać. Jęczą. Chodzą
stadami. Niewiele myślą. Natomiast R rozpoczyna nową generację
zombie. Zombie, które mają szansę ponownie stać się ludźmi, a
pomaga mu w tym Julia i ich burzliwa historia z Pad Thaiem i Sinatrą
w tle.
Trochę tu filozofii,
trochę młodzieńczego buntu, zgnilizny, kościotrupów, krwi, braku
realizmu, walki o przetrwanie, samolotów i niedopowiedzianych zdań.
W tej książce (ekranizacji nie widziałam) można dopatrzyć się
drugiego dna; dużo jest tu naprawdę dających do myślenia
wypowiedzi o wartości życia, cieszeniu się chwilą, pogodzeniu się
z przeszłością. „Wiecznie żywy” może być pocieszeniem i
zdaniem sobie sprawy, że mogliśmy wdepnąć w większe gówno niż
w to, w którym aktualnie jesteśmy.
Serdecznie polecam do
przeczytania. Książka jest krótka (308 str.), ma trochę
ilustracji, a język jest przyjemny. Niedługo zabiorę się do
czytania II tomu - „Płonącego Świata”.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz